Glamrock, Terytorium Arizony
18 grudnia 1884 r.
Moja Najdroższa Sophie,
Z drżeniem serca kreślę te słowa, żywiąc głęboką nadzieję, że list ten zastanie Cię w lepszym zdrowiu, niż to, w którym musiałem Cię, ku mojej rozpaczy, pożegnać. Wybacz mi, proszę, to przedłużające się milczenie, lecz ostatnie tygodnie były pasmem nieustannych trudów, a pióro rzadko kiedy miałem okazję wziąć do ręki. Wciąż mam przed oczami Twoją twarz i modlę się, byś mimo fizycznej słabości zachowała ducha, który zawsze był moją opoką. Czy Henri wciąż trzyma się z dala od wspomnień wojny? Ufam, że wieści z domu wkrótce do mnie dotrą, o ile kapryśna poczta na tym dzikim pograniczu na to pozwoli.
Podróż, którą odbyliśmy wraz z wiernym kapitanem Sharpe'em, była istną drogą przez mękę, obfitującą w niewygody, jakich nie sposób opisać, i niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku. Opatrzność jednak czuwała, gdyż cali, choć strudzeni, dotarliśmy wreszcie do mieściny zwanej Glamrock w Arizonie. To miejsce surowe i dziwne, czego najlepszym dowodem niech będzie spotkane przez nas doprawdy osobliwe indywiduum. Wyobraź sobie, moja Droga, ortodoksyjnego Żyda, odzianego w drogie, choć niemiłosiernie brudne szaty, dzierżącego przy pasie japońską katanę. Nie zgłębiłem jeszcze tajemnicy tej groteskowej postaci, lecz przyznasz, że świat ten potrafi zaskakiwać w najmniej oczekiwanych momentach.
Skierowaliśmy nasze kroki do miejscowego przybytku hazardu, gdzie – jak niosła wieść – pracuje słynna krupierka, Mademoiselle Fortune. Powiadają, że fortuna sprzyja tym, których owa dama darzy sympatią, żywiłem więc płonną, jak się okazało, nadzieję na pomnożenie naszych funduszy, tak nam teraz niezbędnych. Niestety, owo dziwne indywiduum, przedstawiające się jako Jew Wayne, zasiadło z nami do stołu i – co mogę złożyć jedynie na karb ewidentnego szczęścia nowicjusza – zagarnęło pulę, na którą tak liczyłem. Naszą partię przerwało wtargnięcie grupy hałaśliwych zawadiaków, którzy w sposób karygodny zaczęli nastawać na miejscowego szeryfa. Wraz z Aaronem, nie chcąc mieszać się w pospolite awantury, próbowaliśmy opuścić saloon, lecz hultaje ci mieli czelność nas znieważyć. Wiesz dobrze, Sophie, że honor Lafayette’a nie pozwala na puszczanie takich obelg płazem, toteż zmuszeni byliśmy, acz niechętnie, wymierzyć im sprawiedliwość.
Rezultat tego niefortunnego zajścia jest tragiczny – czterech bandytów pożegnało się z tym światem, oraz, niestety, życie postradał również szeryf. Nasz drogi Aaron został lekko ranny; kula drasnęła go nieszkodliwie, lecz rana wymaga opatrunku. Miss Fortune, w porywie dobrego serca, próbowała udzielić mu pomocy, lecz widząc jej nieporadność, nie miałem sumienia wyznać jej, iż o medycynie nie ma ona bladego pojęcia. Będziemy zmuszeni udać się do pobliskiej wioski indiańskiej, by powierzyć zdrowie Aarona tamtejszemu szamanowi, gdyż znaleźć innej pomocy w tej mieścinie nie sposób. Co zakrawa na ponurą ironię, konający szeryf, w swej naiwności, wskazał właśnie Aarona Sharpa na swojego następcę. Możesz to sobie wyobrazić, Ukochana? Nasz Aaron stróżem prawa na tym zapomnianym przez Boga końcu świata? Muszę jednak kończyć ten list w pośpiechu, gdyż przywódca owej bandy, niejaki Abner Holt, zdołał zbiec z pola walki, odgrażając się przy tym siarczyście. Lepiej, by nas tutaj nie zastał, gdy powróci ze swoimi poplecznikami.
Całuję Cię najczulej i pozostaję Twoim oddanym na zawsze mężem,
Jacques