Obozowisko karawany duńskich osadników
26 marca 1885 r., wczesny ranek
Moja Najdroższa Sophie,
Wybacz mi, proszę, że tak rychło pożałowałem atramentu i papieru na kolejny list, lecz wydarzenia minionej nocy każą mi chwycić za pióro, nim jeszcze opuścimy to przeklęte miejsce. Piszę te słowa w wielkim pośpiechu, w mdłym świetle poranka, pośród dymu dopalających się zgliszcz, albowiem to, co miało być spokojnym noclegiem, przerodziło się w prawdziwy koszmar.
Po owym wieczorze spędzonym przy ognisku, o którym wspominałem Ci zaledwie kilka godzin temu, wszyscy udaliśmy się na spoczynek. Z błogiego snu wyrwały nas jednak w środku nocy przyprawiające o dreszcze, nieludzkie dźwięki. Zerwaliśmy się na równe nogi wszyscy, z jednym, zdumiewającym wyjątkiem – Aarona. Nasz stary weteran, którego wojenna przeszłość i niespokojne sumienie nawykły do spania snem nader czujnym, gotowym do dobycia broni przy najmniejszym szeleście (czego wszak niejednokrotnie uświadczyliśmy podczas tej tułaczki), spał jak niemowlę! Najwyraźniej owo ziele, które palił w fajce pokoju z Martwym Wilkiem, musiało mieć iście piekielną moc. Nawet solidne kopnięcie w żebra nie zdołało go ocucić; dopiero gdy zacząłem nim potrząsać z całą siłą, wyrwał się z objęć Morfeusza.
Szybko pojęliśmy przyczynę hałasów. Makabra, Sophie! Część z owych poczciwych duńskich osadników uległa jakiejś potwornej przemianie, stając się chodzącymi trupami, niebezpiecznie przypominającymi stan naszego indiańskiego przewodnika. Walka była zażarta i krwawa. Muszę przyznać, że Martwy Wilk walczył z nieludzką wręcz furią; wirował pośród potworów niczym stepowe tornado, rąbiąc zgniłe mięso swoimi dwoma tomahawkami. Mademoiselle Fortune nie pozostawała w tyle – ponownie wezwała swojego demonicznego pomagiera i ciskała w napastników magicznymi pociskami świetlnymi z taką zaciekłością, że w końcu, kompletnie wyczerpana użyciem swych mrocznych sił, musiała chwycić za ten swój filigranowy, śmieszny derringer, by opędzać się od trupów.
Aaron z kolei najwyraźniej wciąż żywił głęboką urazę do czerwonoskórego za to, czym ten go poczęstował przed snem, albowiem posyłał ołowiane kule w jego stronę równie często, co w kierunku nacierających potworów! Przyznam Ci się w sekrecie, moja Droga, że ta jego wrogość nieco mnie dziwi. Biorąc pod uwagę jego obecny stan, nasz dzikus to doprawdy dobry Indianin. Darzę go wręcz pewną sympatią, pod warunkiem oczywiście, że w upalny dzień człowiek roztropnie pamięta, by trzymać się od niego wyłącznie od strony nawietrznej.
Ostatecznie wyszliśmy z tego starcia zwycięsko, lecz jego koszty emocjonalne okazały się nad wyraz wysokie. Gdy opadł bitewny kurz, zarówno Evelyn, jak i Aaron byli zupełnie rozbici. Uwierzyłabyś, Sophie? Po raz pierwszy odkąd go znam, widziałem na twarzy naszego niezłomnego kapitana łzy. Prawdopodobnie dotarło do niego, iż w ferworze walki strzelał do naszego obrońcy i sumienie uderzyło w niego z całą mocą. Będąc szalenie zakłopotanym tym niecodziennym widokiem, postanowiłem zająć się uspokajaniem wstrząśniętej Evelyn. Kiedy tak na nią patrzyłem, gdy ocierała brud i pot z twarzy, poczułem bolesne ukłucie w sercu. Nasza Marie tak często gości ostatnio w moich myślach, że o mało co, a w przypływie ojcowskiej czułości zwróciłbym się do panny Blackwater imieniem naszej córki. Tak bardzo mi ją w tych trudnych chwilach przypomina.
Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Kiedy staliśmy pośród ciał, usłyszałem w swojej głowie głos – ten sam chłodny, drwiący ton szarlatana Morleya. Niegodziwiec ten śmiał się ze mnie, otwarcie chełpiąc się, iż to jego mroczna wola doprowadziła do przemiany osadników. Bawi się nami, Sophie, i robi to z okrutną satysfakcją.
Z całej karawany ocalała zaledwie trójka żywych dusz – przerażona matka i dwójka jej małych dzieci. Zdecydowaliśmy, że weźmiemy ich pod naszą opiekę i odeskortujemy do Albuquerque. Właśnie kończymy znosić ciała zmarłych na stos, by oczyścić to miejsce ogniem. Zabierzemy też ich konie i co cenniejsze przedmioty; to pragmatyzm, moja Ukochana – głupotą byłoby zostawić ten dobytek na pastwę przypadkowych rabusiów i hien, których na tych pustkowiach nie brakuje.
Muszę już kończyć i siodłać moją Soleil. Martwy Wilk doniósł przed chwilą o rzeczy wielce niepokojącej – nie wszystkie ciała osadników udało się odnaleźć. Kilku z nich zdaje się po prostu rozpłynęło w powietrzu, a nasz tropiciel znalazł ich ślady prowadzące prosto na północ. W kierunku, w którym i my za moment wyruszymy.
Módl się za naszą bezpieczną podróż.
Twój nieustannie oddany mąż, Jacques