Sezon IIIProlog

Prolog

Następnego wyrwał z letargu wystrzał. Rozpoznał ten huk, choć od czasu, gdy usłyszał go po raz pierwszy, minęły stulecia. Tak strzelała broń ludzi, którzy przypłynęli zza morza.

Lafayette zsunął się z konia i gruchnął o ziemię, zanim przebrzmiało echo. Nad dziedzińcem wisiał dym. Stary wojownik opuszczał broń, patrząc na leżącego. Aaron. Następny znał jego imię z pamięci gospodarza. Zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się, usta pozostały rozchylone. Prócz zdumienia Następny dostrzegł w jego twarzy przerażenie. Najwyraźniej stary wojownik także nie rozumiał, co się stało.

Chciał przyjrzeć się Lafayette’owi. Starzec leżał na samym skraju pola widzenia, wystarczyłoby obrócić głowę. Następny spróbował. Naparł na mięśnie szyi, domagał się tego drobnego ruchu, ale oczy pozostały zwrócone ku człowiekowi stojącemu przed domem. Znów nic. Nawet spojrzenie na nieszczęsnego starucha musiało zależeć od cudzej łaski.

Morley.

Imię przyszło ze wspólnej pamięci, niosąc ze sobą gniew Šúŋgmánitu Máni. Następny znał z niej los żony i córki wojownika. Czuł jego tęsknotę za nimi i nienawiść do ich mordercy. Nie musiał pytać. Od chwili, gdy zamieszkał w tym ciele, odczuwał cierpienie wojownika jak własne. Wojownik jednak nie słyszał ani słowa z tego, co Następny do niego mówił. Nie słuchał go też żaden mięsień. W silnym ciele młodego mężczyzny Następny pozostawał równie bezradny jak wówczas, gdy sam znosił męki w Krainie Wiecznych Łowów.

Ciało ruszyło naprzód.

Morley stał w otoczeniu zbirów, nareszcie w zasięgu. Gospodarz nie odrywał od niego wzroku. Następny nie widział już domu, koni ani leżącego Lafayette’a. Mógł patrzeć tylko tam, gdzie gospodarz. Palce zaciskały się na trzonkach tomahawków. Stopy uderzały w ziemię, barki pracowały, silne i posłuszne, tyle że nie jemu. Następny poczuł nagły lęk.

Stare ciało Morleya, wyniszczone demoniczną mocą, nie zdołałoby sprostać wojownikowi. Następny widział jednak więcej niż Šúŋgmánitu Máni w swoim zaślepieniu. Mięso można było rozciąć. Następny podejrzewał jednak, że demonowi wewnątrz nie zaszkodzi ani kula, ani ostrze tomahawka. Gdyby Morley zniszczył ciało Šúŋgmánitu Máni, zginęliby obaj.

Jeden ze zbirów unosił broń. Stał z boku, niemal na wyciągnięcie ręki, a Šúŋgmánitu Máni wciąż parł ku Morleyowi. Następny skupił całą wolę na jednej myśli. Nie Morley. Najpierw ludzie wokół niego. Próbował dotrzeć z nią do gospodarza, przebić się przez gniew, skłonić go, by dostrzegł innego przeciwnika. Jeszcze nigdy nie został wysłuchany. Teraz nie mógł przestać próbować.

Šúŋgmánitu Máni uderzył w zbira.

Wstrząs przeszedł przez trzonek do dłoni i dotarł aż do barku. Następny poczuł go tak wyraźnie, że na chwilę zapomniał o Morleyu. Właśnie tego chciał. Nie wiedział jednak, czy choć jedna jego myśl dotarła do gospodarza. Wojownik sam wybrał przeciwnika i sam prowadził ostrze. Zbir wypuścił broń. Šúŋgmánitu Máni szarpnął tomahawk ku sobie. Ostrze wyszło z rany z mokrym mlaśnięciem. Następny z zachwytem poczuł skurcz mięśni. Nie władał nimi, ale mógł cieszyć się tym, co robiły.

Świeża krew pachniała rozkosznie. Spływała obficie między palcami i po trzonku, wciąż ciepła. Następny pamiętał ten zapach z czasów, gdy mógł jeszcze wybierać, kto uklęknie, a kto pozostanie na nogach. Ręka wojownika poprawiła uchwyt. Drugi zbir znalazł się w zasięgu, padł cios, coś trzasnęło. Następny słuchał chciwie. Kość. Rozrywane mięśnie. Krzyk przechodzący w bulgot. Przez tak długi czas nie słyszał podobnych dźwięków, chyba że wydobywały się z niego samego. Teraz mógł się nimi nasycić. Nic nie musiał robić. Wściekłość gospodarza w zupełności mu wystarczała.

Kątem oka dostrzegł zielony błysk. Oczy wiedźmy. Chwilę później ponad głowami walczących zobaczył Waleta, który pojawił się za Morleyem. Górował nad wszystkimi. Z jego grzbietu wyrastały skórzaste skrzydła ogromnego nietoperza. Jedno z nich drgnęło, a błona napięła się między długimi kośćmi.

Morley zaczął się odwracać. Walet pochwycił go za szyję i uniósł. Starzec zacisnął dłonie na nadgarstku napastnika, szarpnął nogami w powietrzu. Wolną ręką Walet przytrzymał jego tułów. Następny zobaczył naprężającą się szyję, potem czerwień. Ramiona pomocnika rozsunęły się. W jednej dłoni trzymał ciało Morleya, w drugiej jego głowę.

Šúŋgmánitu Máni walczył dalej. Gniew wciąż wypełniał wspólny umysł. Wojownik chyba nawet nie dostrzegł, co stało się przed domem. Następny patrzył na głowę zwisającą z dłoni Waleta. Morderca żony i córki nie żył. Tyle wystarczyło. Niech Šúŋgmánitu Máni wyładuje resztę wściekłości na zbirach, skoro nie zdążył sam zabić Morleya. Następny był pewien, że wojownik trzymał się tego świata tylko dla zemsty. Teraz nie miał już po co.

Na razie patrzył tam, gdzie pozwalał mu gospodarz. Niedługo obróci głowę, kiedy zechce.