Sezon IISesja 9

Moja Najdroższa Sophie,

Zapewne zabrzmi to w Twoich uszach nader dziwnie, ale nie masz pojęcia, z jaką ulgą przyjąłem fakt, iż po powrocie nie zastałem w Belle Rive ani Ciebie, ani Henriego. Najwyraźniej telegram, który nadałem z Nowego Meksyku, dotarł na czas i zdołaliście znaleźć bezpieczne schronienie u Javerta.

Zanim przejdę do wydarzeń w naszej posiadłości, muszę na moment cofnąć się do naszego jedynego wieczoru w Albuquerque. Przebiegł on z pozoru nad wyraz spokojnie. Podczas gdy ja udałem się na stację, by nadać ów telegram, Martwy Wilk rozbił obóz z dala od miejskich zabudowań i zajął się łowieniem ryb. Nasz ostrożny Aaron, w obawie przed rozpoznaniem, ukrył się w pokoju, gdzie w samotności cały wieczór gorliwie polerował lufę swojej strzelby. Z kolei Miss Fortune postanowiła spróbować szczęścia w kartach z miejscowymi, opróżniając przy tym samodzielnie całą butelkę wina. Doprawdy, muszę przyznać, że ta panienka ma niezwykle mocną głowę – nie dość, że ograła swoich oponentów niemal do bielizny, to wracając na spoczynek ledwie się zataczała. Ach, co ja bym oddał, by znów mieć dwadzieścia lat i tyle żywotności...

Kapitan Sharpe, wiedziony żołnierskim instynktem, zasugerował wynajęcie dwóch pokoi. Pierwszy, w którym ułożyliśmy posłania tak, by imitowały śpiących ludzi, posłużył za zmyłkę, my zaś udaliśmy się na spoczynek w pokoju za ścianą. Intuicja naszego przyjaciela okazała się równie bezbłędna, co jego wypolerowana do perfekcji lufa. W środku nocy czujny Aaron wyrwał mnie ze snu, gwałtownie gestykulując w mroku. Choć nie do końca pojąłem jego pantomimę, stłumione kroki i dziwne odgłosy zza ściany mówiły same za siebie. Ktoś właśnie metodycznie dźgał nożami puste łóżka. Z całą pewnością nie byli to stróże prawa.

Nie czekając, aż zbirowie wrócą z posiłkami, ewakuowaliśmy się przez okno. Będąc na zewnątrz, postanowiłem obudzić Evelyn, rzucając w jej szybę kamykami. Niestety, ta zazwyczaj miłego usposobienia dziewczyna, będąc wciąż pod wpływem trunku (zawsze powtarzałem, że alkohol to trucizna, której należy unikać), wychyliła się i zrugała mnie rynsztokowymi obelgami,

budząc przy tym pół okolicy. Zmuszeni do ucieczki, musieliśmy na nią czekać w obozie Martwego Wilka. Kiedy wreszcie do nas dołączyła, była na szczęście już rozbudzona i w zdecydowanie mniej bojowym nastroju.

O świcie wyruszyliśmy na pociąg. Wszyscy poza Aaronem, który, obawiając się zasadzki na peronie, postanowił dołączyć do nas w iście karkołomny sposób. Jako wyśmienity jeździec, dogonił ruszający pociąg w pełnym pędzie i przeskoczył z siodła prosto na tył ostatniego wagonu. Ze smutkiem patrzyłem, jak musiał w ten sposób porzucić swojego wiernego ogiera, który przeszedł z nami tyle przygód.

Nasza podróż pociągiem wkrótce uległa wstrzymaniu. Moje wczorajsze przeczucia znalazły potwierdzenie – skład, którym podróżował Morley, wykoleił się kilka godzin za Albuquerque. Łudziłem się, że dopadniemy tego łajdaka pośród pasażerów koczujących przy wrakach, lecz okazało się, że on i jego poplecznicy zdążyli już odjechać w głąb prerii.

Dalsza droga do Belle Rive minęła bez zakłóceń. Kiedy jednak przekroczyliśmy granice naszej posiadłości, uderzyła nas nienaturalna, grobowa cisza – uderzająco podobna do tej, której doświadczyliśmy podczas drugiej wizyty na ranczu Morleya. Toteż nie zdziwił nas wcale widok samego szarlatana, który wyszedł nam na powitanie z głębi naszego domu, w otoczeniu swoich zbirów.

Zmęczeni długą tułaczką, nie mieliśmy krztyny ochoty słuchać tego, co miał do powiedzenia – o ile w ogóle miał na swoje usprawiedliwienie cokolwiek sensownego. Zamiast dysputy, rozpoczęliśmy ostrzał. Starcie było krótkie, Morley nie miał żadnych szans. Martwy Wilk rzucił się w wir walki, siejąc śmierć swoimi tomahawkami, a Aaron wziął na cel samego przywódcę. Gdy jednak kula z karabinu kapitana dosięgła Morleya, za sprawą owej przeklętej więzi poczułem potężne uderzenie – siła była tak wielka, że zrzuciła mnie z siodła wprost w pył dziedzińca.

Leżąc na ziemi, stałem się świadkiem sceny zaprzeczającej ludzkiemu pojmowaniu. Evelyn po raz kolejny przyzwała swojego mrocznego pomocnika. Zdążyłem do tego przywyknąć, lecz tym razem zjawa przybrała formę zgoła odmienną, przypominającą prawdziwego anioła. Czy to w ogóle możliwe, by jej pakt z mrokiem wiązał również siły niebieskie? Nie miałem jednak czasu na teologiczne rozważania, gdyż ów "anioł" chwycił Morleya za kark i jednym bezlitosnym ruchem urwał mu głowę. Ten brutalny akt w żaden sposób nie licuje w moim umyśle z anielską dostojnością. Wszak Archanioł Michał do walki używa miecza. Czy to możliwe, by pod taką piękną postacią krył się najzwyklejszy demon?

W tym samym czasie na skraju lasu dostrzegłem sylwetkę białej kobiety nacierającej na czele grupy czarnoskórych. Przez moment serce zabiło mi mocniej, myśląc, że to Ty, lecz okazało się, że była to Mademoiselle Javert.

Widząc makabryczną śmierć swojego mocodawcy i słysząc moje twarde rozkazy, pozostali przy życiu bandyci rzucili broń i wzięli nogi za pas. Nie było im jednak dane uciec. Martwy Wilk rzucił się za nimi w pościg i bezlitośnie ich zamordował, zupełnie nie zważając na fakt, iż nie stanowili już dla nas najmniejszego zagrożenia. Zaprawdę, ci dzicy ludzie kompletnie nie rozumieją pojęcia honoru ani chrześcijańskiego miłosierdzia.

Mademoiselle Javert prosiła, by przekazać Ci najserdeczniejsze pozdrowienia. Zdała mi relację, iż zaraz po otrzymaniu Twojego listu, wyruszyła wraz z synem do Belle Rive na Twoje polecenie, lecz nie zastała Cię już na miejscu. Mam głęboką nadzieję, że Wasza podróż do Maurice przebiegła bezpiecznie.

Wkrótce tam do Was dołączę. Nie mogę się już doczekać chwili, gdy znów Was oboje zobaczę.

Twój oddany mąż, Jacques