Sezon IISesja 8

Moja Najdroższa Sophie!

Piszę do Ciebie z ciężkim sercem i w najwyższym pośpiechu. Zaledwie tydzień temu kreśliłem do Ciebie słowa na zgliszczach obozowiska duńskich osadników, a dziś staję w obliczu groźby, która sprawia, że krew zamarza mi w żyłach.

Zanim jednak przejdę do spraw niecierpiących zwłoki, muszę zdać Ci relację z naszych ostatnich dni. Po spaleniu ciał poległych i zgromadzeniu wszystkich koni oraz kosztowności – podyktowane to było pragmatyzmem, by ów dobytek nie wpadł w łapy hien i bandytów – ruszyliśmy śladem porwanych osadników. Niestety, nasze tempo pozostawiało wiele do życzenia. Ocalała kobieta i dwójka jej dzieci ledwo trzymali się w siodłach, a my nie mogliśmy przecież gnać, ryzykując ich życiem. Wskutek tego, mimo najszczerszych chęci, nie zdołaliśmy dogonić oprawców.

Nasza podróż trwała bity tydzień. Co drugi dzień natrafialiśmy na makabryczne szczątki kolejnych porwanych. Miss Fortune, widząc te potworności, stwierdziła z niesmakiem, iż nieszczęśnicy ci padli ofiarą jakichś mrocznych, demonicznych rytuałów, choć sama nie potrafiła określić ich dokładnego celu. Jako prawdziwi chrześcijanie nie mogliśmy pozostawić ich ciał na pastwę sępów. Zapewniliśmy im należyty pochówek, co byłoby niemożliwe w tak krótkim czasie w tej twardej jak skała, wyschniętej ziemi, gdyby nie pomoc Evelyn. Wykorzystała ona swój dar manipulacji żywiołem ziemi, oszczędzając nam wielu godzin wyczerpującego kopania.

Ostatecznie dotarliśmy do Albuquerque. To miasto dość duże jak na te dzikie strony, lecz przy tym niezwykle chaotyczne i po prostu brzydkie. Tutaj rozdzieliliśmy się z naszymi ocaleńcami. Przekazaliśmy im lwią część majątku uzyskanego ze sprzedaży koni i biżuterii zmarłych, by mogli zacząć nowe życie, z dala od tutejszych koszmarów.

Nie zwlekając, wraz z Aaronem udałem się na poszukiwania tutejszej siedziby Agencji. Nasz kapitan przemykał ulicami niemal pod osłoną cieni, za wszelką cenę starając się uniknąć rozpoznania. Trudno mu się dziwić – tuż po przyjeździe natknęliśmy się na plakat gończy z jego wizerunkiem, opiewający na pięćset dolarów. Przedstawiał go wprawdzie nieco młodszego i mniej zmęczonego życiem, ale ostrożność była jak najbardziej wskazana.

Martwy Wilk i Miss Fortune pozostali w hotelu. Nasza młoda towarzyszka najwyraźniej dotkliwie odczuła trudy podróży, gdyż już przekraczając próg, stanowczym tonem zażądała gorącej kąpieli i nie opuszczała balii przez ładnych kilka godzin. Prawdę mówiąc, po niemal dwóch tygodniach spędzonych w siodle, wszyscy potwornie cuchniemy, mogąc bez trudu konkurować w tej materii z naszym nieumarłym Indianinem. Różnica polega jedynie na tym, że o ile jego aromat przyciąga padlinożerców, nasz skutecznie odstrasza absolutnie wszystko.

Gdy wszedłem do biura Agencji, zastałem tam tylko jedną osobę. Stała odwrócona do mnie plecami. Sophie, moje serce na moment zamarło, a oddech uwiązł w gardle. Przez ułamek sekundy łudziłem się, że to nasza Marie – dorosła, odnaleziona. Niestety, gdy kobieta się odwróciła, czar prysł. Pozostawiłem u niej list zaadresowany do naszej córki, w którym zaklinam ją, by strzegła się Barnaby Morleya. Ku mojej uldze, udało mi się dyskretnie podejrzeć adres placówki, do której przypisano naszą Marie – obecnie przebywa w surowej i niegościnnej Montanie.

To jednak nie był koniec rewelacji. Przemierzając ulice Albuquerque, zauważyłem, że tutejsi mieszkańcy są podejrzanie chorowici; co drugi przechodzień pokasłuje i wygląda blado, jakby uchodziło z niego życie. Tchniony nagłym przeczuciem, naszkicowałem naprędce portret Morleya i zacząłem o niego wypytywać. Wyobraź sobie moje przerażenie, gdy okazało się, że ten łotr jeszcze ubiegłej nocy spał w tym samym hotelu, w którym myśmy się zatrzymali! Udałem się prosto na stację. Tam, za garść dolarów – o które miejscowy pracownik kolei targował się z zaciekłością podlotka broniącego swej cnoty – dowiedziałem się, że Morley wyjechał porannym pociągiem. Kupił bilet do Jackson w stanie Missisipi, choć głośno rozpowiadał, że jego ostatecznym celem jest Billings.

Sophie, jako wytrawny pokerzysta od razu wyczułem blef. Po co miałby jechać do Missisipi, by stamtąd ruszyć do odległej Montany? A co, jeśli Montana to tylko zasłona dymna? Przecież Jackson leży zaledwie krok od naszego Belle Rive!

Opuściliśmy stację w pośpiechu, odprowadzani nader podejrzliwymi spojrzeniami żołnierzy, którzy najwidoczniej rozpoznali w Aaronie poszukiwanego zbrodniarza wojennego. Wróciliśmy do hotelu, gdzie odbyliśmy naradę. Dołączyła do nas Evelyn, pachnąca świeżością, z resztkami mydlanej piany w wilgotnych włosach.

Wtedy to się stało. W samym środku rozmowy poczułem lodowate ciarki na karku i usłyszałem w głowie ten znienawidzony głos. Szatan Morley znów ze mnie drwił. W jakiś niewytłumaczalny sposób wyczuł moje rodzące się wątpliwości. Jednakże, nie ujmując nic jego demonicznym mocom, jest on graczem pośledniego sortu. Nawet nie widząc jego twarzy, nie mogąc odczytać języka jego ciała, w samym tylko tonie jego głosu usłyszałem potwierdzenie moich najgorszych obaw. Nie zdążyłem wyciągnąć z niego nic więcej, albowiem nasze mentalne połączenie zostało gwałtownie zerwane.

Niestety, kuriozalna natura tej więzi – którą, Bóg mi świadkiem, znoszę całkowicie wbrew własnej woli – nie uszła uwadze Evelyn. Nie wiem, co ta dziewczyna sobie o mnie myśli, ale w jej spojrzeniu dostrzegłem cień podejrzliwości. Zdaje się sądzić, że świadomie, bądź nie, zdradzam Morleyowi nasze plany.

Musisz działać natychmiast, moja Najdroższa! Strzeż się, bo do Belle Rive zmierza potwór, któremu poprzysiągłem śmierć. Nie wolno Ci narażać życia swojego i Henriego. Z tego, co pamiętam, w Maurice, zaledwie dzień lub dwa drogi od naszej plantacji, wciąż mieszka nasz dawny zarządca, Javert. Jego żona jest w Twoim wieku, a jeden z ich synów to rówieśnik Henriego. Błagam Cię, poślij po nich czym prędzej i zamieńcie się miejscami. Zapłać im, ile tylko zechcą, oddaj im każdą cenną rzecz, jaka nam została! O pieniądze na wykupienie i utrzymanie Belle Rive będziemy martwić się później. Teraz liczy się wyłącznie Wasze przetrwanie.

Jeśli zdołasz, natychmiast jedź z Henrim do Javerta i znajdź u niego schronienie; tam Was odszukam. Jeśli z jakiegoś powodu będzie to niemożliwe, przebierzcie się za służbę i niezwłocznie wynieście z posiadłości w bezpieczne miejsce.

Błagam, nie lekceważ moich słów. Modlę się do Opatrzności, by ten list dotarł do Ciebie, nim na progu naszego domu stanie ów demon.

Całuję Cię najczulej. Twój na zawsze oddany mąż, Jacques